Macierzyństwo

z wizytą

Jedziemy do dziadków, a to znaczy, że mogę znów dumnie zasiąść na przednim siedzeniu, wyciągnąć nogi, włączyć radio i zasnąć na godzinę. W radio leci jakaś piosenka, nie znam, pierwszy raz słyszę, refren to jedno zdanie śpiewane do znudzenia: rebel, rebel, rebel. Nagle z tylnego siedzenia dobiegają gromkie brawa, to Sara klaszcze w ręce jak szalona, gdy tylko słyszy te słowa. W sumie racja, rebel rebel brzmi trochę jak angielskie brawo brawo. No to po spaniu. Chociaż pooglądam okolice, bo piękne. Hrabstwo Kent nazywane jest ogrodem Anglii, ja już wiem dlaczego.

U dziadków spokój, trawa skoszona, podłogi pomyte, obiad na gazie. Z okna w sypialni widać drzewo, na którym wisi huśtawka zrobiona ze starej opony samochodowej. Słońce wychodzi zza chmur, idziemy na spacer, ściągam sandały bo uwielbiam zimno ziemi pod stopami. Pachnie morzem i wakacjami.

Sara przechodzi z rąk do rąk, jest rozchwytywana, po godzinie zaczyna się uśmiechać nie tylko do mnie i Paula, podnosi głowę bez wstydu, tuli dziadka, dopiero teraz widzę, że jest nie tylko moja, że będę musiała się nią wkrótce dzielić z innymi. Pozwalać jej uciekać pod stół, chować za dużym drzewem lub w ramionach innych.

 

 

  • Anonimowy

    Uwielbiam Cię czytac!!!

  • Piękny wpis – aż chciałoby się czytać jeszcze 🙂
    Proszę więcej.

    ps.Pamiętam o Tobie 😀 – niestety nie mogłam się wyrwać do cywilizacji (a u nas na wsi nie ma nic ciekawego dla Sary)

    • :))) dzięki!! będzie więcej niedługo:)

  • 🙂

  • Kasia, Ty tak ładnie piszesz… Lubię to!

  • Uwielbiam klimat Twój!

  • Anonimowy

    Coraz śliczniejsza jest ta Wasza gwiazdeczka 🙂

  • Z Tobą jest jak z dobra książka 😉 wciagasz !

    • oh dziękuję!
      dawno nikt mnie tak ładnie nie komplementował:)

Close