charity shops
Emigracja

Charity Shops czyli jak zostać królową okazji

Można tu znaleźć wszystko od gwoździ, pralki, używanej bielizny po suknie ślubne i pierwsze wydanie legendarnego playboya. Mowa o Charity Shops, które w Anglii są tak znane, jak nasze polskie, poczciwe lumpeksy czy ciucholandy. Z tą różnicą, że o ile w Polsce ludzie mają wciąż pewną blokadę wstydu i niechęci zakupów w secondhandach, tak na wyspach Charity Shops cieszą się ogromną popularnością. Za grosze, pomagając innym, można się obkupić.

Na najlepsze wyprawy po Charyty Shops zabiera mnie Monika. Pytam się jej skąd masz taką super sukienkę, ona do mnie, że z charity, pytam skąd buty, a ta na to, że z charity, marynarka też z charity. O torebkę już nie pytam, bo po co? A ja idę i szukam i nic nie umiem znaleźć. Więc ostatnio wyprosiłam ją, aby mnie zabrała. No i spotkałyśmy się chyba w czwórkę, aby zapolować na okazję. Trzeba się uczyć od najlepszych myślę, w grupie siła. Wchodzimy, dziewczyny płynnie rozeszły się po ciasnym sklepie i szybko zaczęły prześlizgiwać palcami pomiędzy wieszakami z numerem 12. A ja, jak zwykle idę i szukam i nic nie umiem znaleźć.

Monika mówi, że wybierając ciuchy najpierw należy wybrać rozmiar, chwytać tylko za kolor, który nas interesuje. A później myśleć czy ma się do czego to założyć. Jeśli na wszystko opowiemy tak, to można brać w ciemno. No to staję przed wieszakami, ale w moim rozmiarze to tylko worki na kartofle. Więc wycofuję się z ubrań dla siebie i idę na ubrania dla dzieci, tam zawsze wszystkie rozmiary prezentują się o niebo lepiej. Albo na książki i gry dla dzieci, albo na bibeloty do domu, których Paul nie pozwala mi już zwozić do domu. Wiecie jak to jest, jak robicie przesiew w zabawkach dzieci, gdy ono akurat w szkole. Czasami też tak mam, że wracam z roboty i czegoś i brakuje, ale patrzę na Paula, a ten wygląda niewinnie. Odpuszczam.

Monika woła przez pół sklepu, że znalazła super top, nosz kurcze, przed chwilą na to patrzyłam i wydawało mi się okropne, a na niej leży idealnie. I tylko dwa funty. Później widziałam jeszcze jak przy kasie kasowała do tego marynarkę i sukienkę w kwiatki. Pociesza mnie tylko to, że to dopiero pierwszy sklep, że jeszcze pięć przed nami. Mówią, że dzisiaj była dostawa nowości, więc jest i dla mnie szansa. Koleżanki lecą przodem z siatkami do połowy pełnymi. Mam nieodparte wrażenie, że lecą na oślep i nawet z zamkniętymi oczami dokładnie wiedzą, w którą alejkę w sklepie skręcić, żeby dorwać okazję. Więc staram się ich dogonić. A tu zatrzymuje mnie talerzyk, srebrna łyżeczka, torba na ramię, której nie mogę kupić, bo przecież i tak będę chodzić w mojej starej.

Wchodzimy do sklepu z fajnymi sukienkami, tak mówią, ale dla mnie nic nie ma. Monika wyciąga suknie balową. Wyobrażacie sobie, ba-lo-wą? Mówi, że to nie balowa, tylko na imprezy. Nosz kurde, impreza to prawie jak bal. Mówi do mnie mierz, ja mówię zwariowałaś, Monika mówi idealna dla Ciebie, ja mówię nie mój kolor. Ona napiera, że mam kupić, mówię, że nie mam butów do niej i że wolę większy dekold. W końcu mnie przekonuje, mierzę, nosz kurde, leży jak trzeba i w sumie kolor spoko, kiedyś lubiłam więcej niż czerń. Kupiłam, takiej dumy od dawna nie czułam.

W drodze powrotnej do domu byłam lżejsza o siedem funtów, ale za to kupiłam do tej balowej sukienki jeszcze coś dla córki i koszulkę i coś jeszcze tylko nie pamiętam. Powtórka za jakiś czas. Ponoć w wakacje zaczynają się przeceny. Wyobrażacie sobie, przeceny w charity? Chyba będą nam dopłacać do zakupów.

Siedzę w pracy, dostaje smsa, Monika wysyła mi zdjęcie bluzek i pyta czy ma brać, bo mój rozmiar i mój kolor. Ufam, co mi pozostaje. Królową okazji nigdy nie będę, ale za to mam własną fashion girl, która ubiera mnie osobiście.

(Dzięki Monia, wiesz, że bez Ciebie….)

Jeśli interesują Was konkrety na temat Charity Shops to zajrzyjcie poniżej. Już nie chciałam powielać informacji, chociaż miałam taki pomysł początkowo. Ktoś to już zrobił przede mną.

O Charity Shops pisali również:

DUO LOOK

REJSEM NA WYSPĘ

  • Lech Milewski

    Pracuję jako ochotnik w sklepie St Vicent de Paul Society w Australii. Mam nadzieję, że w Anglii nasze stowarzyszenie prowadzi również sklepy. Nasz sklep położony jest w zamożnej dzielnicy w związku z czym mamy regularne dostawy odzieży wysokiej jakości. To jest główne źródło naszego dochodu. Spora część naszych klientów to sklepikarze prowadzący stragany na Sunday Market. Oni dobrze wiedzą co się sprzeda i kupują to od nas za $5-7 i sprzedają na straganie za $50.
    Miesięcznie sprzedajemy towary za ponad $50,000. Nasz najpowazniejszy konkuretnt to oczywiscie Armia Zbawienia.

    • Niesamowite to co piszesz, gratuluję wspaniałej działalności! Nie jestem pewna, czy Wasze stowarzyszenie działa u nas, musiałabym dokładniej sprawdzić.
      Brakuje takich sklepów w Polsce, bo rzeczywiście często odzież sprzedawana w charity shops jest świetnej jakości i można ją kupić za grosze. Pozdrawiam!

      • Lech Milewski

        Zajrzałem na angielską stronę St Vincent de Paul Society. Działalność charytatywna podobna do naszej, ale sklepów w Anglii i Walii mają razem tylko 40. U nas, w samym Melbourne jest chyba 12. Wygląda z tego, ze pieniadze na działalność charytatywną mają z prywatnych dotacji i od rządu.

  • Justyna Lis

    Ja, choć jestem totalną fanką second-handów przeróżnej maści w Polsce, w UK nigdy nie potrafiłam dorwać niczego wartościowego w Charity Shopach. Nie mniej jednak, nie ma wycieczki do Anglii bez odwiedzenia choć jednego 🙂

  • Marcel

    Jakoś nigdy nie trafiłam do Charity shopu, kiedy mieszkałam w UK, a szkoda, bo teraz widzę ile straciłam 🙁

  • Również nigdy nie byłam najlepszym łowcą okazji, choć pamiętam jak się ucieszyłam, gdy udało mi się kupić bluzkę Mark&Spencer za 19zł 😉

    • No to też nie źle:))))
      Chociaż ja mam wrażenie, że MS to sklep dla starszego pokolenia.

  • Karolina Jarosz Bąbel

    Super sprawa, w Niemczech też są takie sklepy, jednak nie wiem czy dochód idzie na pomoc, czy to po prostu zarobek ich. Jednak można obkupić się w nich we wszystko 😉

  • Są tak naprawdę prawie same plusy za robieniem zakupów w takich miejscach! Po pierwsze – nie zbankrutujesz (szczególnie w takim miejscu, jak UK), po drugie – zawsze znajdziesz coś indywidualnego, coś czego prawdopodobnie nie będzie miał nikt inny, a po trzecie? Dajesz drugie życie tym ciuchom! 🙂

  • Hmm… coś takiego funkcjonuje chyba także i na mojej ukochanej Islandii – przy okazji kolejnego wyjazdu muszę to sprawdzić!

Close