Taka Ja

Z tamtych czasów pamiętam niewiele, bo jakbym mogła

To zabawne, że to mnie trzeba ratować, gdy to Ty jesteś w potrzebie, że to mnie na rękach, gdy to Ciebie za sobą ciągnę od lat. Zabawne jak po latach weryfikuje się przyjaźnie i związki, które dzisiaj parzą w palce. A później wracam do domu wieczorem, ulicami, które pamiętają we mnie dziecko, później gdzieś pod drzwiami, zawracam jak głupia do ust, które dziś smakują jakby bardziej. To zabawne jak trzęsę się cała na myśl o zmianach, na które dzisiaj nie jestem gotowa i może nigdy nie będę.

To zabawne jak można jednym słowem zmienić bieg rzeki, porażkę przekłuć w lekcję i zapić się ze wstydu jedym kieliszkiem za dużo. A później wracam do domu, rozsiadam się w fotelu, nogi zadzieram do góry, doprowadzam krążenie mojej krwi to stanu, gdy nie wytrzymuję. Mówią, że to jesienny deszcz z chmur nad głowami. A ja odczuwam każdą kroplę na skórze niczym pot grzechu na karku. I zmywam siebie całą porannym prysznicem, zdrapując z kolan i pięt brud wczorajszy.

To zabawne, że czas najlepszy zawsze kończy się wtedy, gdy nie jestem gotowa na pożegnania i ostatkiem mojego opuszka dotykam ten twój, który wymyka się gdzieś i już pochwycić nie mogę, ani dłoni, ani ramienia. I zostaję tak sama, jak tylko sama byłam zanim to wszystko.  I nie wiem czy czekanie coś zmieni, czy nagle odkryję czego tak naprawdę chcę, a co z drugiej strony jest mi potrzebne. Bo to przecież nie zawsze się sobie równa.

Chciałam to powiedzieć na głos, bo wtedy sama bym mogła w to bardziej uwierzyć. Chciałam to usłyszeć z pierwszej ręki, aby tę pewność w sobie zachować i powracać do niej, gdy będę musiała się cofać. A teraz nie wiem. I wracam do domu i ta cisza już mnie tak nie boli i nie jest ani bardziej, ani mniej. A ja patrzę w to lustro poranne i przekonuję siebie co trochę, że było warto, bo było. I w sumie jeszcze nie spadam, jak utrzymać balans wciąż uczę się na nowo.

Chciałabym zrozumieć te myśli, przelatujące przeze mnie i nadać im lepszy kształt niż na papierze. Ulepić z nich twarz, którą bym mogła chwycić w me ręce i albo upuścić, pozwalając na rozbicie tysiącom kawałków, albo policzkiem tak blisko, że skropli się oddech. Ożywić choć jeden raz, to co od lat uśpione i znów być tam gdzieś mnie zostawił. Chciałabym mieć zawsze tę pewność, że gdy będę spadać, to będziesz.

-.-

Z tamtych czasów pamiętam niewiele, bo jakbym mogła. To chyba wszystko, co po latach wraca z prędkością światła, na chwilę nie dłuższą niż wydech.

 

Zdjęcie: Łukasz Piecuch

  • Piękny tekst. Pozdrawiam.

  • aneta

    Na zmiany chyba nigdy nie jest się gotowym, ja np zawsze się ich boje!

  • hmm a życie przewrotne takie 😛

Close